W codziennym trudzie spraw
zgiełku i dzieci hałasie
nie słyszę myśli, strach,
złość, krzywda i w rozpaczy
bukiet rozczarowania, żalu...
Wnętrzności me kotłuje,
gotuję się całkowicie,
nic tego już nie gasi...
Czemu tak ciężko trwać
w tej raz wybranej trasie?
Czemu jest większy żal
a miłość ciągle gaśnie?
Zamykasz stale drzwi,
te do Twojego serca,
ja jestem gościem Twym,
a miałam być tu pierwsza!
Choroba zbiera plon,
zabiera mi siły i spokój,
nie widzisz zupełnie nic,
patrzysz tak obojętnie, z boku.
A widzę jak więdnie kwiat,
ostatkiem sił wskrzeszany,
wśród liści wielu spraw,
ciężkich, nie układanych...
Miłość odchodzi w dal,
przez palce nam przecieka
frunący powiewa tylko szal...
jak z biegnącego człeka
wśród łez wzburzonych fal..
ona już nie zaczeka...
umiera...
utonęła...
i całun ją powleka...
Małżeńska miłość nasza
co miała być jak rzeka.
zgiełku i dzieci hałasie
nie słyszę myśli, strach,
złość, krzywda i w rozpaczy
bukiet rozczarowania, żalu...
Wnętrzności me kotłuje,
gotuję się całkowicie,
nic tego już nie gasi...
Czemu tak ciężko trwać
w tej raz wybranej trasie?
Czemu jest większy żal
a miłość ciągle gaśnie?
Zamykasz stale drzwi,
te do Twojego serca,
ja jestem gościem Twym,
a miałam być tu pierwsza!
Choroba zbiera plon,
zabiera mi siły i spokój,
nie widzisz zupełnie nic,
patrzysz tak obojętnie, z boku.
A widzę jak więdnie kwiat,
ostatkiem sił wskrzeszany,
wśród liści wielu spraw,
ciężkich, nie układanych...
Miłość odchodzi w dal,
przez palce nam przecieka
frunący powiewa tylko szal...
jak z biegnącego człeka
wśród łez wzburzonych fal..
ona już nie zaczeka...
umiera...
utonęła...
i całun ją powleka...
Małżeńska miłość nasza
co miała być jak rzeka.